To była wyjątkowo długa podróż. Zajęła mi kilka lat.
O Saunowym Stawie usłyszałem zanim jeszcze powstał. Bo najpierw pojawiła się idea. Gdzieś w internetach przeczytałem, że Bolek Drapella planuje budowę osady saunowej na Kaszubach. Gdy udało się znaleźć odpowiednie miejsce, zebrać ludzi, fundusze, śledziłem postęp robót. Jedna sauna, druga sauna, łaźnia parowa, łotewska sauna pirts, balie z gorącą wodą, wiaty wypoczynkowe, domki…
Gdy już wszystko ruszyło, z zaciekawieniem śledziłem w internecie pierwsze eventy, szkolenia, noce saunowe. No ale czemu u licha to jest tak cholernie daleko?!
Okazja pojawiła się pod koniec roku. Wyjątkowo miły układ świąt i dni wolnych sprawił, że w końcu można było wyrwać się na dłużej nad morze i znaleźć czas także na odpoczynek w Saunowym Stawie. No i zaproszenie od Bolka – przyjedźcie, jeśli znajdziecie czas.
Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jakie niespodzianki czekają nas w drodze do Trójmiasta i w samym mieście. Ile to jest 30-40 cm śniegu i jak trudno jest ogarnąć zapasowy klucz do auta w sytuacji, gdy kolej wstrzymała usługę przesyłki konduktorskiej. Będzie kiedyś okazja napisać i o tym. Najważniejsze bowiem, że w końcu udało się zajrzeć do Saunowego Stawu i rozpocząć rok od wizyty w tym niezwykłym miejscu.
Droga z Gdyni, gdzie się zatrzymaliśmy, zajęła nam około 30 minut. Samo miejsce znajduje się w Leśnie, przy ulicy (a jakże!) Saunamistrzów. Na miejsce dotarliśmy bez większych przygód, mimo że śnieg i silny wiatr towarzyszyły nam przez całą drogę.
Przywitali nas gospodarze wieczoru – Sylwka i Adam. Znaliśmy się z facebooka, ale pierwszy raz mieliśmy okazję spotkać się na żywo. Te 500 km odległości robi jednak swoje 😉
Jako że byliśmy tu po raz pierwszy, oprowadzili nas po obiekcie i opowiedzieli co nieco o Saunowym Stawie.
Przed nami były 3 seanse w saunie oraz masaże. Strasznie byłem ciekaw szczególnie tych ostatnich. Do wyboru mieliśmy trzy opcje: masaż uniwersalny, masaż witkami i peeling w łaźni parowej. Kusiły witki, bo uwielbiam ruską banię i witkowy klimat, ale wystarczyło nam wymienić się z Justynką spojrzeniami, aby wiedzieć, na co oboje będziemy mieli największą ochotę – rutuał w łaźni parowej.
Te pół godziny relaksu w klimacie tureckiego hammamu, to było jedno z najpiękniejszych doznań, jakich doświadczyłem w życiu.
Po wejściu do łaźni parowej saunamistrzyni poprosiła o zajęcie miejsca. Łoże do rytuału hammam, na którym się położyłem, było przyjemnie ciepłe. Saunamistrzyni delikatnie obmyła moje ciało letnią wodą, używając dodatkowo rękawicy kessa, a następnie nałożyła peeling na moje ciało.
Każdy z gości dostaje nieco inny peeling, co ustaliliśmy z Justyną dzieląc się wrażeniami już po rytuale. Mój scrub był niespodzianką i była to przemiła niespodzianka! Po nałożeniu peelingu na obie strony ciała, saunamistrzyni dała mu chwilę podziałać, wchłonąć się w skórę, a następnie – nieco chłodniejszą wodą, zmyła dokładnie cały peeling.
Masaż był tak miłym doświadczeniem, że kompletnie odpłynąłem. Nie wiem dokładnie, jakie zapachy otoczyły mnie w tamtej chwili. Nie miało to żadnego znaczenia. Było mi po prostu tak dobrze, że wszystko inne odeszło na dalszy plan.
Dalsze doznania czekały już na nas w rozgrzanej saunie. Do wyboru mieliśmy seanse w dużej saunie, która mieści około 40 osób, i w małej, bardziej kameralnej, gdzie równocześnie także odbywały się rytuały. W trakcie wieczoru na gości czekało aż 3 saunamistrzów, więc nawet przy dużym obłożeniu każdy czuł się zaopiekowany przez gospodarzy.
Na pierwszy seans poszliśmy do dużej sauny, zwanej Chëcza Stolema. Pośrodku sauny stoi ogromny, baniowy piec, opalany drewnem, a ławy o 3 wysokościach znajdują się po jego lewej i prawej stronie. Z tyłu pieca znajduje się ogromne okno, przez które możemy obserwować staw i drzewa, a zimą cieszyć oko ośnieżonym krajobrazem. Saunamitrz ma tu dużo miejsca do machania ręcznikiem, choć akurat w Saunowym Stawie częściej pewnie gorące powietrze rozprowadza się wachlarzami lub witkami 😉 Tak było i podczas naszego pobytu.
Zarówno pierwszy jak i drugi seans w Chëczy Stolema to była totalna magia! Było wszystko, co kocham w saunie najbardziej – gorąca para, witki, naturalne zapachy, piękna muzyka no i oczywiście wysoka temperatura. Między seansami można było schłodzić się w przeręblu albo odpocząć w dużej, ogrzewanej wiacie, gdzie czekała gorąca herbata i napary z ziół. Ba! Było nawet ciasto!
Saunowy Staw ma jeszcze jedną unikatową atrakcję. To własne piwo! Na gości saunarium czeka duet: Saunamitrz (lager) i Saumistrzyni (APA) oraz bezalkoholowy Pirts.
Była jeszcze jedna atrakcja, której nie zapewnili co prawda sami organizatorzy, a dobry Pan Bóg i sama natura. Śnieg! Czy może być większa frajda, lepsze połączenie, niż gorąca sauna i zimny śnieg?! Gdy człowiek rozgrzeje się w saunie na maksa i wskoczy w śnieżną zaspę? No nie!
Ciekawość zżerała nas, jak wyglądają seanse w małej saunie Amber. Budynek ma ciekawą architekturę, bo zbudowany jest na planie sześciokąta, podobnie jak znana może niektórym Chata Raroga w Świniowie. Sauna mieści 14 osób, więc jest idealna na kameralne seanse. A ja na sam koniec wieczoru miałem akurat ochotę na kameralny rytuał 😉
Otoczyło mnie przyjemne ciepło i cudowne zapachy. Spokojna, delikatna muzyka idealnie pasowała do klimatu sauny. Było mi tak dobrze!
Saunowy Staw to prawdziwy raj dla saunamaniaków. Szczególnie docenią to miejsce ci, którzy cenią sobie saunowanie na łonie natury. Ja sam uwielbiam outdoorowe sauny, szczególnie te małe, kameralne, gdzie saunamistrzowie pełnią rolę gospodarzy, troszcząc się o gości od pierwszej aż do ostatniej minuty w saunarium. To raj dla tych, którzy kochają witki, ruską banię, naturalne zapachy ziół, naparów i hydrolatów. Pokochają to miejsce wszyscy ci, którzy lubią po saunie zanurzyć się w stawie, a zimą schłodzić się w śnieżnej zaspie.
Saunowy Staw to także doskonały wybór dla tych, którzy lubią różnorodność. Na gości czekają nie tylko klasyczne sauny fińskie, ale także duża łaźnia parowa, stół hammam, czy kameralna Pirts Māra – sauna przeznaczona na rytuały łotewskich witek.
Największym sztosem dla mnie był masaż w łaźni parowej (Dôka) – to był fantastyczny wybór i cudowne doświadczenie. Przyznam, że rzadko pozwalam sobie na takie luksusy, jak masaże. Prosty ze mnie chłop i jakoś tak wyszło, że jeśli nic mnie nie boli i nie łupie w kościach, to w ogóle nie myślę o masażu jako formie relaksu. Żałuję, że nie przeżyłem czegoś podobnego nigdy wcześniej, ale… chyba nawet nie dałem sobie na to wcześniej szansy 😉
Gdyby ktoś zapytał mnie kiedyś, którędy wiedzie droga do raju, wskazałbym właśnie ten adres – jedź z Trójmiasta do Leśna, na rozstaju dróg skręć w lewo i jedź prosto ulicą Saunamistrzów.
Foto: SaunowyStaw.pl







Dodaj komentarz